Liberte

Lista działów

Informacje Eko i Zielone

Azrael

Zielone Wiadomości

Tłumacz/ Translate

Polskaliberalna.net - Merkuryusz Polski - Wybory prezydenckie 2010 od kuchni!

Ecoportal.com.pl

Ekopolityka w prasie

Antymatrix- Edwin Bendyk

Indymedia Polska

Mama Ziemia

ZielonyDziennik.pl

Ekologia.pl: Wiadomości

Partia Ochrony Zwierząt

ECOWAWA.PL

ekologia – wiadomości

Zielona Warszawa

Racjonalista.pl

Krytyka Polityczna

Lewica.pl - wiadomości z Polski

strasznasztuka

Działalność polityczna w Polsce nie opłaca się

Polska jest obecnie krajem bez politycznej alternatywy dla partii rządzącej, i takie ruchy się nie pojawiają. Jest to problem braku bodźców ekonomicznych, czyniących sensownym angażowanie się w ruchy polityczne. Stan w którym na rynku politycznym wystąpiło zagrożenie monopolem jest niepokojący. Brak potencjalnego konkurenta na rynku (bo jest mało prawdopodobne by któryś z ruchów uzyskał poparcie pozwalające sformować rząd) to brak mechanizmów równowagi i kontroli- checks and balances, typowych przeciwwag zapewniających transparentność i jawność procesów decyzyjnych. Może przytaczanie zamierzchłych polityków mało wnosi do niniejszej analizy, ale jest pewna ekonomiczna logika w słowach klasyka, Johna Dalberga-Actona: „wszelka władza korumpuje, a władza władza absolutna korumpuje absolutnie”.


Na polskim rynku politycznym brak jest siły politycznej mogącej przejąć władzę. Odpowiedzmy, dlaczego?
1. Konkurencja o kapitał ludzki

Rynek polityczny jest rynkiem jak inne. Osoby mogące mieć szanse w wyborach są jednocześnie pożądane w innych sektorach gospodarki. Polityka wymaga np. wiedzy z zakresu zarządzania, mikro- i makroekonomii, zasobów ludzkich, zarządzania informacją. Osoby posiadające takie kwalifikacje na wysokim poziomie są bez porównania lepiej premiowane w innych sektorach gospodarki. Z tego co się orientuję w zarobkach swojej grupy zawodowej, zarobki premiera czy prezydenta Polski są znacznie poniżej zarobków wyższych managerów firmy zatrudniającej kilkadziesiąt osób. Zarobki funkcjonariuszy państwowych, prezesów rządowych firm, ilustruje fraza usłyszana w rozmowie managerów w restauracji pociągu ekspresowego: „Facet podpisuje kontrakty na miliony złotych, a zarabia 8 tysięcy złotych. Brutto”.

Chcąc pozyskać managera z kompetencjami (i nader wątpliwą kulturą osobistą) na stanowisko zarządcze niespecjalnie wysokiej rangi w biznesie, kwota ponad pół mln PLN rocznie brutto okazała się zbyt niska. Nie jest możliwe przyciągnięcie jakościowego kapitału ludzkiego do polskiej polityki oferując jedynie prestiż, zresztą wątpliwy, mocno nadszarpnięty latami rządów egzotycznych polityków. Ktoś z kompetencjami jest w stanie zarobić w sektorze prywatnym w sposób legalny nieporównywalnie większe pieniądze już jako przeciętny manager.

2.Koszty prowadzenia biznesu politycznego
W Polsce prowadzenie biznesu politycznego w warunkach dotowania z pieniędzy podatników 4 wybranych partii spowodowało że koszty wejścia na rynek świadczenia usług politycznych na rzecz ludności są bardzo wysokie. Wykorzystanie Internetu jest trochę mitem: trzeba bowiem przyciągnąć wyborców czymś atrakcyjnym. Tym czymś są unikalne treści, np. nowe propozycje polityczne poprawiające dobrobyt jednostek. Zaś pozyskanie unikalnych treści wymaga nakładów na ich wyprodukowanie czy pozyskanie.

Przyczyną dla której w Polsce brak jest nowych ruchów politycznych jest brak kapitału ludzkiego zdolnego wyprodukować unikalne treści. Osoby które mogłyby na przykład zaproponować program zmian polityki gospodarczej i dysponują obszerną wiedzą w tym zakresie, są dla większości z branż gospodarki do policzenia na palcach jednej ręki. Ekonomiści zajmujący się wyłącznie konkretnymi branżami gospodarki są w Polsce nieliczni, możliwe że jest ich ledwie dwa-trzy tuziny. I chyba, jeśli mogę się wypowiedzieć w imieniu kolegów z branży, wiemy na jakim poziomie generalnie jest nauka w naszym kraju.

Problemem są także źle działające instytucje ekonomiczne. Za uznanymi na polskiej scenie szyldami nierzadko kryją się trutki na szczury i krzesła sprzed półwiecza, biblioteka w której bibliotekarka wspina się po stertach książek leżących stosami na podłodze, książek szuka się wypatrując ich grzbietów bo układ alfabetyczny tam nie istnieje. O pracy w takim przybytku nauki z powodu ciasnoty nie ma mowy.

Ponadto: w Polsce normą jest brak specjalizacji w naukach ekonomicznych- gros ekonomistów zajmuje się gospodarką na poziomie bardzo ogólnym, co w krajach bardziej zaawansowanych jest rzadkością. Edukacja ekonomistów wyspecjalizowanych jest w powijakach. Nie trzeba dodawać o skąpości zasobów bibliotecznych- wszelkie specjalistyczne ekonomie branżowe nie są reprezentowane na półkach polskich bibliotek. Aby zrobić kwerendę literatury, należy pracować w bibliotece za polskim mostem granicznym- już 300 metrów od rzeki Odry znajduje się pierwsza poprawnie wyposażona.

Wiedza jest towarem niezwykle deficytowym. Brak nowych oferentów na rynku politycznym może być spowodowany niewydolnością po stronie podaży. Nowi oferenci mogliby oferować (i często oferują) jedynie dobra homogeniczne, podobne do już oferowanych, lub dobra o gorszej użyteczności- np. nietrafione propozycje polityczne, niżej wycenione przez wyborców.

3. Czy jest jakaś rada?
Na rynku w chwili obecnej może być popyt na idee polityczne wyższej jakości, a te wymagają wyższej ekspertyzy, wyższej wiedzy je piszącego, a więc korzystania z kosztowniejszego kapitału ludzkiego. Ich twórca bowiem poniósł koszty pozyskania takiego zasobu.

Stworzenie w Polsce nowego i atrakcyjnego ruchu politycznego wymagałoby ogromnych inwestycji w kapitał ludzki, w badania, w risercz. Szacuję te koszty na ok. 6 mln PLN rocznie. Aby zapewnić opłacalność takiego przedsięwzięcia, trzebaby tworzenia go wespół z komercyjnym medium które musiałoby monetaryzować na tychże unikalnych treściach powstałych w wyniku badań. Tymczasem subwencjonowani konkurenci dysponują środkami budżetowymi i mogą również produkować takie treści, ba, oferować je bezpłatnie. Niemniej- rynek polityczny konkurowałby wówczas jakością.

Jest to też rynek obarczony ogromnym ryzykiem, którego poziom znacznie przekracza inne branże aktywności gospodarczej. Nasza inwestycja na rynku politycznym może się nie powieść jeśli np. popełnimy błędy proceduralne przy ubieganiu się o zwrot kosztów kampanii. Tudzież ruch nie zyska odpowiednio wysokiego poparcia (ok. 500 tys. głosów wyborców), by uzyskać zwrot kosztów kampanii. W Polsce, w bezwzględnych liczbach wyborców, próg uprawniający do zwrotu nakładów jest nawet 100-krotnie wyższy niż w RFN.

Nawet uwzględniając stosowanie marketingu internetowego, partyzanckiego (guerilla-marketingu), czy też marketingu wirusowego, kampania pochłania środki finansowe, zaś sam ruch polityczny także musi być prowadzony odpowiednio długo by uzyskać określoną markę i rozpoznawalność. Wypromowanie nowego ruchu z poziomu start-upu wymaga czasu i nakładów: zarówno na tworzenie unikalnych i atrakcyjnych treści, jak i na poszerzanie bazy członków i sympatyków. Czasopismo polityczne o co najmniej kilku unikalnych treściach dziennie wymaga jednego, dwóch stałych pracowników. Wymagane są środki na prowadzenie badań, research. Na organizację debat i spotkań.

Bez wydatkowania minimum miliona PLN rocznie na sam ruch skoncentrowany wokół danej ideologii politycznej trudno w ogóle zyskać szersze grono zwolenników. Minimalizując nakłady, możemy skończyć jako kanapowa organizacja. Start-up niewypał.

Największe koszty generuje sama kampania. Nie można w ogóle liczyć na polskie media „komercyjne” i głównego nurtu, chyba że jest się politykiem odwołującym się do grup czytelniczych tabloidów i middle-market tabloidów. Polski rynek prasy codziennej jest rynkiem pozbawionym oferty dla segmentu upper-market. Tabloidy i tabloidy średniego rynku to dominujące 95 % rynku modele biznesowe prasy codziennej w Polsce. Warto wspomnieć że na rynku polskich mediów niektóre kluczowe spółki o dominującym w niektórych segmentach udziale rynkowym zostały utworzone przez polityków lub byłych polityków.

Cechą mediów w Polsce jest ogromna selektywność grup docelowych. Część wyborców, np. znaczna część progresywnej grupy docelowej, w ogóle nie korzysta z mediów tradycyjnych, tkwiąc w społecznościach sieciowych które niekiedy trudno nawet zlokalizować. Świat społeczności sieciowych jest rozdrobniony, przypomina niebo pełne małych, odrębnych chmurek. Kampanie reklamowe w mediach społecznościowych są płatne. Prowadzenie bezpłatnych kampanii na tak rozdrobionym rynku wymaga intensywnego zaangażowania zasobów ludzkich, ba, wiedzy o tychże społecznościach.

Spotykamy się nader rzadko w gronie zwolenników podobnych idei politycznych. Osoba o najdłuższym stażu przywódczym zauważa, że owszem, jako ruch spokojnie uzyskalibyśmy owe 5 % poparcia politycznego. Dlaczego jednak brak jest chętnych do poniesienia kosztów? Jest to praca, jest to wydatek kapitałowy na tyle znaczny że nie jest równoważony przez korzyści jakie zostałyby przezeń osiągnięte. Nawet jeśli taki ruch zaistnieje, dopiero w dalekiej perspektywnie będzie miał szanse na objęcie władzy. Nie ma nawet przykładów ruchów które ze start-upu w szybkim czasie odniosły zamierzone cele. Ludzie zaangażowani w takie ruchy dokonują więc rachunku, wraz z rachunkiem prawdopodobieństwa. Dominuje więc w naszym ruchu strategia dezinwestycji- ograniczania kosztów i minimalizowania zaangażowania zasobów. Nie zbiera się nawet składek etc.

Owszem, istnieją grupy wyznaniowe które weszły na rynek polityczny w ostatnich latach. Ale preferencje, funkcja preferencji każdego z nas jest inna. Osoba o radykalnych poglądach religijnych jak sądzę wyżej ceni politykę opartą o wartości jej wyznania i, im bardziej jest owemu wyznaniu oddana, tym jest skłonna zapłacić za taką politykę więcej. Różnimy się wszak preferencjami.

Oczywiście osoby takie płacą za politykę (na przykład- kandydaci partii PiS zastawiali swoje domostwa jako zastawy kredytów na kampanie) do pewnego momentu. Być może osoba o radykalnych poglądach wyznaniowych byłaby skłonna zapłacić naprawdę wiele za partię mocno radykalną, ale jednocześnie prawdopodobieństwo uzyskania mandatów w parlamencie dla takiej partii jest bardzo znikome- karty w polityce rozdaje bowiem median-wyborca. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika więc znikoma korzyść takiej inwestycji.

Koszty prywatne tworzenia partii politycznej są znaczne. Dziennikarz, który dziwił się, dlaczego w erze Internetu i sieci społecznościowych nie powstają nowe partie, prawdopodobnie nie był wcześniej członkiem struktur czy organów politycznych. Chcąca zaistnieć partia zwykle przestrzega procedur demokratycznych, co oznacza poświęcenie czasu wolnego działaczy, często całego, na działalność w takiej organizacji. Typowy członek rady czy zarządu mniejszej partii spędza czas na lekturze doniesień prasowych, wysłuchiwaniu głosu działaczy partyjnych, głosowaniach, pisaniu stanowisk, przygotowywaniu spotkań etc. To są wszystko koszty. W tym czasie mógłby robić inne czynności.

4. Negatywna selekcja
Kosztami są także koszty utraconych korzyści. Angażując się w działalność polityczną, rezygnujemy z innych form spędzania czasu. Jeśli mamy do wyboru na przykład między obradami partii a imprezą, zależnie od naszej funkcji użyteczności, określonej naszymi preferencjami, wybierzemy tą działalność która da nam większą korzyść. Jeśli ruch polityczny, ów start-up, ma małe szanse sukcesu, to odpowiednio mniej wycenimy korzyść z odwiedzin obrad takiej partii. Na obrady wybiorą się ci, dla których korzyść z udziału w takich obradach będzie większa niż korzyść z imprezy, z jazdy na snowboardzie etc. Korzyść z angażowania się w takie ruchy jest tym mniejsza, im mniej mają one środków na dotarcie do potencjalnych wyborców i tym samym mniejsze szanse sukcesu.

Polskie partie polityczne, które powszechnie uważa się za „gwiazdy” sceny pozaparlamentarnej, są zwykle znacznie gorzej zorganizowane niż prowincjonalne kluby sportowe. Mogąc porównać dwie znane pozaparlamentarne organizacje polityczne z trzema klubami sportowymi do których należę, te ostatnie są bez wyjątku lepiej zorganizowane. Jeden z klubów sportowych jest nawet demokratyczny i każda jego decyzja jest poprzedzona trwającymi nierzadko godzinę debatami, mającymi miejsce po treningach. Porównywalna lub większa jest aktywność i promocja w sieciach społecznościowych.

Gdyby były to organizacje polityczne, sądzę że z taką organizacją i zasobami ludzkimi byłyby w stanie zdobyć 1-3 % głosów w danym okręgu wyborczym, mając atrakcyjny program oczywiście. Porównywane przeze mnie kluby sportowe organizują ok. 3-4-rokrotnie więcej imprez publicznych niż organizacje polityczne. Gdyby, przy zainwestowanym czasie i pracy organizacyjnej, byłyby organizacjami politycznymi, byłyby bardzo rozpoznawalne na polskiej scenie polityki pozaparlamentarnej.

5. Przyczyny stanu obecnego
Nie ulega wątpliwości, że korzyści prywatne z zaangażowania obywatelskiego w politykę są obecnie zbyt nikłe. Korzyść jednostki z jej zaangażowania w działalność polityczną jest mniejsza niż koszty, jakie ta jednostka musi ponieść. Korzyść jest niska, bo znikome jest prawdopodobieństwo sukcesu. Zaś sukces jest wynikiem oceny przez wyborców programu wyborczego i prawdopodobieństwa jego realizacji. Niska ocena programów wyborczych jest efektem braku kompetencji, wiedzy osób je sporządzających. Za ten stan rzeczy winę zaś ponosi stan polskiej edukacji.

Jako absolwent uczelni w Europie Zachodniej otrzymałem także ogólne wykształcenie w podstawach ekonomii. A dziś z przerażeniem odnotowuję brak wiedzy z zakresu podstawowego u podejmujących decyzje osób z całą litanią tytułów przed nazwiskiem, zatrudnionych przez polityków w charakterze ekspertów. Jest to także dziedzictwo minionego systemu, ale równie dobrze- dziedzictwo systemu obecnego, reprodukującego stan zastany.

Jako adepta ekonomii zmuszano mnie do rozwiązywania tysięcy zadań. Ściąganie było niemożliwe. Zarówno w Niemczech, jak i w Wielkiej Brytanii procedury były te same (jedną z pierwszych moich prac zawodowych było nadzorowanie przebiegu egzaminów na University of Leeds). W Polsce panuje inny system, wykładowcy, nawet jeśli mają wiedzę, to nie egzekwują jej znajomości od studentów. Normą jest przymykanie oka na ściąganie- i jest to proceder dający obopólne korzyści. Także wykładowca odnosi z niego korzyści- wszak może pochwalić się listą ze znacznym odsetkiem ocen zaliczających, przy mniejszym zaangażowaniu i mniejszym wkładzie pracy. Zresztą trudno mu wymagać zbyt wiele od studentów, którzy nierzadko pracują, by się utrzymać, i mają mało czasu na naukę.

Cały system szkolnictwa wyższego w Polsce nadaje się do przeróbki. Złe i skorumpowane są już same procedury, systemy finansowania- zarówno uczelni, jak i samych studentów, zwykle nie mających pieniędzy na naukę. Kompletnie nieaktualne i zacofane są programy nauczania (trudno planować, czego uczyć, skoro się samemu tego nie wie). W najlepszych polskich bibliotekach brak jest podstawowej literatury, którą znajdę w zwykłej bibliotece uniwersyteckiej już obok polskiej granicy na Odrze. Wciąż dominuje jakieś zamknięcie się w „polskim światku językowym” -epoce kamienia łupanego nauki. Mijają lata, i nie zmienia się niemal nic. Produkuje się osoby z tytułami dr, o wiedzy studenta ponadprzeciętnej zagranicznej uczelni.

6. Procesy adaptacyjne
Niedorozwój sektora politycznego skutkuje niską, niekonkurencyjną jakością życia niekiedy w całych regionach. W Polsce następują procesy dostosowawcze długiego trwania, np. migracja kapitału ludzkiego między prowincją a centrum. Tworzą się regiony wydrenowane z kapitału ludzkiego, pozbawione klasy twórczej, wg współczesnych teoretyków rozwoju regionalnego będącej motorem współczesnej gospodarki.

Pochodząc z miasta przygranicznego, z zaskoczeniem obserwuję iż nawet ci bardziej zaradni koledzy ze szkoły podstawowej są w stanie przenieść się do innego miasta, 80 km dalej, ale już po innej, niepolskiej stronie granicy. Około 70- 80 % moich licealnych kolegów z klasy dwujęzycznej mieszka dziś poza granicami Polski, podobnie się ma z moim rocznikiem na uniwersytecie. Jednocześnie gorzej wykształcony kapitał ludzki tych migracji nie podejmuje tak intensywnie.

Moje przygraniczne miasto dotknął proces ucieczki klasy twórczej. W ciągu 2-3 lat wyniosła się niemal cała miejscowa bohema mojego pokolenia- uciekła w większości do dużych polskich aglomeracji, a w ok. 40 % do Europy Zachodniej. Głosowanie nogami okazało się dla znanych malarzy czy muzyków korzystniejsze niż inne środki poprawy ich własnego dobrobytu. Polska dziś konkuruje o kapitał ludzki ze szwajcarskimi kantonami, w których 10-procentowe podatki koegzystują z sygnalizacją świetlną zamontowaną nawet na skrzyżowaniach ścieżek rowerowych. Konkuruje ze społeczeństwami o permisywnych normach obyczajowych, które przyciągają jak magnes część polskiej młodej klasy twórczej.

Zmianie uległa lokalna oferta kulturalna polskiej prowincji: zanikły praktycznie wszelkie nie-komercyjne i alternatywne gatunki muzyki czy sztuk wizualnych, zamknięte zostały offowe galerie czy nielegalne kluby muzyczne. Wszystko to zresztą działało w spartańskich warunkach, w nie zawsze legalnie zajętych pomieszczeniach, bez stosownych formalności etc. Działało nierzadko na bakier z wszelkimi regulacjami prawnymi i podatkowymi, jednocześnie tworząc ofertę dla specyficznych grup bohemy.

Dziś w świecie tamtejszej młodzieży do głosu dochodzą ideologie radykalne, pojawia się przemoc jako metoda dyskursu. Zmieniły się proporcje subkultur, ulice i dzielnice opanowały ruchy neonazistowskie. Bramki w klubach przejęły zorganizowane i znane z agresywności bojówki. Te zmiany są może niewyczuwalne dla zwykłych mieszkańców, nawet gazety boją się napisać że gdzieś pojawia się zorganizowana grupa, w obawie odwetu. Zaś poinformowanie policji jest akurat napytaniem sobie problemów: policja jest powiązana z grupami skrajnymi, występuje przepływ informacji, cały zaś system jest do tego stopnia dziurawy że strony dzięki prywatnym kontaktom w służbach mogą np. korzystać z policyjnych baz danych, wyszukując dane osobowe uczestników zajścia, bójki etc.

Archaiczne, a w dodatku szkodliwe z ekonomicznego punktu widzenia są metody działania wymiaru sprawiedliwości. Najmniejsze koszty społeczne (prywatne i zewnętrzne) generuje forma znana jako sprawiedliwość restoratywna, gdzie sprawca w ramach kary zajmuje się jedynie wynagrodzeniem uszczerbku dobrobytu jaki spowodował ofierze. Wynagradza go jej samej, na przykład kosząc jej trawnik przez określony okres.

W przypadku represyjnego systemu wymierzania sprawiedliwości, w Polsce istniejącego z przyczyn historycznych, ofiara zwykle nie jest wynagrodzona w procesie karnym. Ofiara pozostaje z krzywdą, jak i sprawca ponosi koszty prywatne odbywając kare więzienia czy też tracąc szanse zawodowe ze względu na karalność. Suma strat dobrobytu wręcz wzrasta w systemie represyjnym. Ponadto system represyjny jest aspołeczny- zakłada bowiem że ofiara w przyszłości będzie się bała drugi raz popełnić czynu zabronionego, na przykład że będzie się obawiała ponownie zaatakować osobę z innej subkultury z przyczyn ideowych. To jest utopia- te osoby przecież żyją w jednej przestrzeni, i spotykają się na ulicach jednego miasta. System represyjny wymiaru sprawiedliwości jest też produktem rozpadu miasta jako społeczności w Polsce. Miło jest widzieć w lekturze prasy zachodnioeuropejskiej dowody innej logiki ekonomicznej stojącej za wymiarem sprawiedliwości. 

Wracając do zmian w sferze kulturowej: donoszą o zmianach społecznych ofiary napaści: atakowane są osoby o innym ubiorze, fryzurze etc, organizatorzy imprez klubowych z muzyką nieodpowiadającą agresorom. Ofiarami są osoby o innych stylach życia reprezentujące grupy zaliczane przez socjologów do bohemy lub klasy twórczej. Wartościowym źródłem informacji są managerowie klubów i organizatorzy imprez- donoszą oni o zmianach populacyjnych, skali migracji. W jednym z miast przygranicznych znajomy promotor muzyczny w związku z emigracją musiał zawiesić działalność, aktywizuje ją jedynie w okresie świątecznym, gdy emigranci wracają.

Te same procesy nastąpiły po stronie niemieckiej, na terenach byłej NRD. Towarzyszył im odpływ ludności, wynoszący np. pomiędzy 5 a 43 % mieszkańców tamtejszych miast. Po polskiej stronie brak jest ujawnionych wiarygodnych danych demograficznych. Trudno więc w ogóle wysunąć jakiekolwiek wnioski- nie można wszak zarządzać czymś czego się nie mierzy. Chcącym analizować rzeczywistość niedobitkom wystarczyć musi np. analiza sieci społecznościowych - elektronicznych roczników szkolnych w rodzaju Nasza-Klasa, ankiety, dane z rynków oferujących produkty dla klasy twórczej.

Adam Fularz

Posted by Adam Phoo on 14:15. Filed under . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for Działalność polityczna w Polsce nie opłaca się

Prześlij komentarz

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć