Liberte

Lista działów

Informacje Eko i Zielone

Azrael

Zielone Wiadomości

Tłumacz/ Translate

Polskaliberalna.net - Merkuryusz Polski - Wybory prezydenckie 2010 od kuchni!

Ecoportal.com.pl

Ekopolityka w prasie

Antymatrix- Edwin Bendyk

Indymedia Polska

Mama Ziemia

ZielonyDziennik.pl

Ekologia.pl: Wiadomości

Partia Ochrony Zwierząt

ECOWAWA.PL

ekologia – wiadomości

Zielona Warszawa

Racjonalista.pl

Krytyka Polityczna

Lewica.pl - wiadomości z Polski

strasznasztuka

Dzień Samochodu: kraj prosamochodowy, bo katolicki?

Dziś dzień Zwycięstwa Motoryzacji w Polsce, w krajach „cywilizacji śmierci” obchodzony jako Dzień bez Samochodu. W Polsce przegoniliśmy już pod względem stopnia motoryzacji niektóre kraje "Starej Europy". Dla mnie istnieje związek z "cywilizacją śmierci" vs. katolicyzmem a sferą samochodów i transportu publicznego. Otóż dobry transport zbiorowy jest domeną krajów liberalnej północy, krajów protestanckich, do których po wybuchu reformacji przeniosło się gospodarcze i cywilizacyjne centrum Europy, mieszczące się ongiś w północnych Włoszech.

Kraje historycznie protestanckie mają zwykle nieporównanie lepszy transport niż kraje katolickie. Choć nie jest tak zawsze- w historycznie protestanckiej Estonii prywatyzacja kolei została spieprzona (kwestia sprywatyzowania torów). A w katolickiej Austrii komunikacja zbiorowa działa dość poprawnie, choć konkurencji przewoźników jednak tam nie wprowadzono. Kraje katolickie są dziś jednakże przede wszystkim peryferią cywilizacji Europejskiej. Hiszpania, Irlandia, Portugalia, Włochy. To już nie jest centrum Europy.
W krajach historycznie protestanckich współrządzą bądź odgrywają istotna rolę partie określane jako liberalne i ekologiczne. Dzięki temu tamtejszy transport stał się jednocześnie liberalny i ekologiczny. W miastach mamy ścieżki rowerowe, którymi odbywa się do 50 % ogółu podróży miejskich. W rozlicznych aglomeracjach dominuje transport zbiorowy. Wydziela się bus pasy (jezdnie tylko dla autobusów). Odbudowuje się linie tramwajowe w nawet 100-tysięcznych miastach, szczególnie we Francji. Nawet w 200-tysięcznych miastach buduje się linie metra automatycznego, nie potrzebującego motorniczych.
Centra pozamykano dla samochodów, przejechać mogą jedynie autobusy i tramwaje. Coraz popularniejsze staje się promowane przez ekonomistów transportu „congestion pricing”- czyli pobieranie opłat za miejskie drogi, po to by zlikwidować korki. Czas w nich tracony zamiast go bezproduktywnie marnować, po prostu zamienia się na pieniądze. Myto działa w Londynie, Sztokholmie, Mediolanie, Rydze, czeskim Znojmie, Durham, Valettcie (Malta), Oslo, Trondheim, Bergen. Płaci się albo za zajęcie deficytowej powierzchni ulic w centrum, albo za korzystanie z infrastruktury drogowej, której koszty budowy w centrach miast sięgają miliardów za kilometr. Parkowanie auta blisko centrum Londynu może kosztować nas nawet 6 tys. PLN miesięcznie. W Amsterdamie za kilkugodzinny postój auta płaciło się kilkadziesiąt złotych. Niskie ceny mają jedynie okoliczni mieszkańcy.


Rozbiera się, i to nawet w USA, autostrady odcinające miasta od rzek, takie jak warszawska Wisłostrada. Ruch w centrach miast uspokaja się, wycofuje się z nich wszelki ruch tranzytowy. Przykładem takiego odsamochodowionego miasta jest „miasto technologii” Delft w południowej Holandii, gdzie centrum jest zablokowane dla ruchu i trzeba wyjechać na obwodnicę miasta by przejechać samochodem z jednej dzielnicy na inną. Nawet jeśli do historycznego centrum nie wjeżdżają samochody, to robi to komunikacja zbiorowa. Tramwaje czy autobusy wróciły na średniowieczne rynki. Autobusom dodano nawet tramwajowe dzwonki by mogły przeganiać pieszych w wąskich ulicach centrów miast.
Całe centrum Europy jest spięte świetnym systemem transportu zbiorowego. Normą są portale internetowe podające informacje o ofercie przewozowej wszystkich przewoźników w danym kraju czy regionie, a nie tylko jednego. W jeden system transportowy spięto koleje, autobusy, statki, tramwaje. Pociągi pasażerskie miedzy miastami kursują co 20-30 minut. Tylko na głuchej prowincji kursują co godzinę. Linie do wiosek, na których kolej pasażerska kursuje co 2 godziny, w Polsce by zaorano. Normą są przetargi na obsługę linii autobusowych czy kolejowych. Szczególnie przetargi na obsługę kolei pasażerskiej budzą protesty ze strony dawnych monopolistów, próbujących wpływów politycznych by powstrzymać rozwój konkurencji. Jak podaje B. Hylén, w Szwecji aż 95 % takich usług jest rozdzielanych w drodze przetargów. W Polsce to ledwie kilka procent.



Niekiedy transport staje się atrakcją turystyczną. Tak jest z naziemną koleją w Wuppertalu, mającej być takim XIX-wiecznym cudem techniki transportowej. Podwieszona nad ziemią kolejka istotnie okazała się nadzwyczaj bezpieczna, nikt dzięki niej nie zginął, aż do niedawnego wypadku, gdzie po remoncie linii puszczono wagoniki, a zapomniano zdjąć rusztowania. Atrakcją są straszliwie stare tramwaje w Lizbonie. W Polsce np. w Grudziądzu, jakby żywcem wyrwanym z XIX- wiecznego sztambucha, tramwaj przebija się jednym torem przez średniowieczne stare miasto. Mogłoby być podobnie jak w Lizbonie, ale nie jest.
Polska nie jest krajem protestanckim. Mamy mało liberalizmu gospodarczego, przez co cierpią pasażerowie, zdani na gospodarczy korporacjonizm państwowych i komunalnych monopoli. W kilku miastach, np. w Gdyni, transport autobusowy zliberalizowano, dopuszczając do rynku np. 8 przewoźników autobusowych. Ale 95 % miast pielęgnuje monopole obsadzane z nadania politycznego. Jakość usług w nich to zwykle skandal: w Europie w mniejszych miastach normą jest układ linii typu hub-and-spoke z centrami przesiadkowymi, a w Polsce nadal bezowocnie próbuje się łączenia wszystkich dzielnic na raz, co skutkuje rzadkim, nieatrakcyjnym „rozkładem”.



W Polsce transport zbiorowy kręci się rozpędem, jest to z wolna zamierająca scheda po minionym systemie, szczególnie PKS-y albo koleje. Odwrotnie niż w Europie, likwiduje się tramwaje, jak te zamknięte od września w Gliwicach. W Zielonej Górze rozbierana jest przedwojenna kolej miejska. W reformach monopoli robionych przez obecny rząd idzie jedynie o obronę zarządów państwowych czy komunalnych monopoli przed zwolnieniami. Chroni się nic-nie-robiące czapy, takie jak PKP S.A. czy PPL, oblężone przez najczystsze mafie koryta, ex-monopole bez majątku, dublujące funkcje innych firm. Firmami takimi kierują osoby bez minimalnego wykształcenia biznesowego, awansujące wewnątrz firm-urzędów lub o doświadczeniu plantatora bawełny. To ludzie niewykształceni, nie mający nawet możliwości by czymś poprawnie zarządzać.



Gdy próbując wyjaśniać zależności gospodarcze sięgam po sprawy wyznaniowe, budzę oburzenie. Jak to? Wielu twierdzi że takie porównanie obraża ich wiarę. Ale co, jeśli to np. Max Weber ma rację? Ongiś pisał on o Polsce w dziele „Etyka protestancka i duch kapitalizmu”, pokazując ją jako antyprzykład gospodarczy. Po latach nic się nie zmieniło, przynajmniej w tej dziedzinie gospodarki. Żyjąc w krajach historycznie protestanckich zauważymy wzrost znaczenia postchrześcijańskiej duchowości indywidualnej, „patchwork religion”, jak określił to Robert Wuthnow. To taki zlepek koncepcji duchowości z różnych wyznań, indywidualny dla każdego z osobna. W Polsce takiej rewolucji wyznaniowej jeszcze nie ma. A być może to ona stoi za ekologicznym zwrotem w centrum Europy.
A może jest to domena nieistniejącej w Polsce nauki z tych branż? Rozwija się w tamtych krajach branżowa nauka, jako samodzielna dyscyplina istnieje np. inżynieria ruchu rowerowego zajmująca się kwestiami planowania i budowy takich dróg. Są ekonomiści miast, ekonomiści kolei, ekonomiści transportu zbiorowego. Całe zastępy speców od wąskich działek. Mój czarnoskóry kumpel z Londynu pracuje w takiej branży, w jednym z konsultingów robi modele ruchu drogowego dla całego Londynu. Gdy budowana jest droga, wiadomo jakie będzie na niej natężenie ruchu. Gdy rozszerzana jest strefa opłat za drogi, wiadomo, ile się zarobi i jaki będzie popyt na transport zbiorowy od kierowców którzy musieli się przesiąść.
Polska jest taką pustynią, gdzie pieniądze się wywala. Nigdzie w Europie nie widziałem równie pustych pociągów co w Polsce. Przy granicy niemieckiej są to pociągi-widma, wożące po zrujnowanych torach po kilkunastu pasażerów, podczas gdy po zachodniej stronie granicy tłum zapełnia 5 dwupiętrowych wagonów pociągu kursującego co 30 minut do nadgranicznego miasta wielkości Siedlec. Do Polski z tego miasta już nie pojedziemy co 30 minut. 3 razy na dobę odpływa antyczny pociąg-widmo z kilkunastoma pasażerami ciągnięty nieekonomiczną lokomotywą. Taki kontrast marnotrawnego reżimu polskiego i oszczędnego Zachodu z jego obsesją szynobusów, w Czechach obsługującego połowę pracy przewozowej kolei.
Uważny obserwator dostrzeże Polskę jako sferę walki dwóch wyznań: agresywnego katolicyzmu zawłaszczającego kolejne sfery życia publicznego oraz brutalnego świeckiego „ruchu oporu” skupionego wokół kilku redakcji, jednej czy dwóch partii. Przenikanie się tych dwóch sfer uformowało w Polsce tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Jest to podział stricte wyznaniowy. Katolikom idzie o obronę katolicyzmu, niespecjalnie o reformy, poprawę dobrobytu. Obserwator rychło dostrzeże że sprawy wyznaniowe, chęć utrzymania dominacji jednego wyznania, bierze górę nad wszystkim innym. Walki grup wyznaniowych zdominowały po prostu polską politykę i życie publiczne.

Posted by fufu on 04:44. Filed under . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for Dzień Samochodu: kraj prosamochodowy, bo katolicki?

Prześlij komentarz

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć