Liberte

Lista działów

Informacje Eko i Zielone

Azrael

Zielone Wiadomości

Tłumacz/ Translate

Polskaliberalna.net - Merkuryusz Polski - Wybory prezydenckie 2010 od kuchni!

Ecoportal.com.pl

Ekopolityka w prasie

Antymatrix- Edwin Bendyk

Indymedia Polska

Mama Ziemia

ZielonyDziennik.pl

Ekologia.pl: Wiadomości

Partia Ochrony Zwierząt

ECOWAWA.PL

ekologia – wiadomości

Zielona Warszawa

Racjonalista.pl

Krytyka Polityczna

Lewica.pl - wiadomości z Polski

strasznasztuka

Rządzenie „na oko” na przykładzie polityki transportowej

Dziś wyszukiwaliśmy lepszą siedzibę jakiegoś oddziału, objechałem z kilkoma agentami jakieś kilkanaście obiektów. To taka przejażdżka po mieście za kilkanaście tysięcy, bo zwykle taką prowizję liczą sobie ci ludzie, jeśli transakcja dojdzie do skutku. Z pracownikiem przez zatłoczoną polską aglomerację przebijaliśmy się jeżdżąc nawet parkingami, byle tylko ominąć gigantyczne korki i zdążyć na poumawiane spotkania.

Rozmawiałem z ludźmi pracującymi w takich aglomeracjach i jeżdżących bezustannie samochodami. Oni czekają na nowe drogi. W tej aglomeracji wyburzono jakieś 10 do 15 % zabytkowego centrum miasta pod poszerzanie dróg. Owa aglomeracja nie ma nawet obwodnicy dookoła miasta. Perfidni politycy obwodnice co prawda budują, ale oczywiście- przez miasto, burząc po drodze domy. Tymczasem na zachodzie Europy obwodnice buduje się poza centrami miast, poza linią zabudowy miejskiej.



W miastach zmusza się, tak, dokładnie, zmusza się mieszkańców do jeżdżenia komunikacją miejską. Aby w takim Delft przejechać z dzielnicy do dzielnicy, jeździ się w „kwiatek”, czyli nie można przejechać na „skróty” przez centrum, trzeba wyjechać na autostradę. Otóż przestrzeń miejska ma swoją cenę, a samochody osobowe mają także koszty zewnętrzne. Gdy się to wszystko podliczy i zsumuje, a zajmuje się tym ekonomika transportu, dziedzina nauki w Polsce w ogóle nieznana, niepraktykowana i nieodkryta, to okazuje się że transport samochodowy w miastach jest ogromnie deficytowy i trzeba do niego dopłacać relatywnie najwięcej. Koszty hałasu, koszty wypadków, koszty zajęcia cennej powierzchni.

W Polsce jesteśmy rządzeni przez osoby o wiedzy nieekonomicznej, ot, panów spod budki z piwem. Pan który jest ministrem od tych spraw wcześniej miał być ministrem sprawiedliwości, tylko szybko zmienił profesję. Całą kompetencję tych ludzi można wywnioskować z szybkości z jaką zmieniają swoje „specjalności”. Tyrania takich abnegatów wszelkiej wiedzy jest możliwa dzięki wsparciu, także finansowemu, jakie otrzymują od szefów koncernów medialnych, którzy przecież całkiem oficjalnie figurują jako sponsorzy kampanii polityków od których otrzymali częstotliwości na nadawanie.

W Berlinie na niektórych ulicach w centrum rowerami odbywa się od 40 do 80 % wszystkich podróży. W owej polskiej aglomeracji rowerzystów dostrzegłem w ilościach marginalnych. Całą powierzchnię dróg przeznaczono jedynie dla użytkowników samochodów, podczas gdy w miastach z wysokim udziałem rowerzystów w ruchu, mają oni od 20 do 30 % powierzchni miejskich ulic tylko dla siebie. W Polsce nic się nie zmieni ze struktura transportu z tej prostej przyczyny, że dla rowerzystów nie przeznacza się powierzchni na sieci transportowej.

A wspólne korzystanie jest niemożliwe- samochody osobowe generują koszty niebezpieczeństwa w bilionowej wysokości. Przez to, że w ogóle są i jeżdżą, powodują że nie można ulicami jeździć na rowerze, chyba że ktoś jest lekkomyślny i nie dba o swoje życie i zdrowie. Rowerzyści w Polsce zwykle przeżyli o-mało-co kolizję z piratami drogowymi drugiej po litewskiej najbardziej niebezpiecznej sieci drogowej w Unii. Drogami dla samochodów jeżdżą w Polsce rowerzyści- desperaci, a udział rowerzystów w ruchu miejskim wynosi w Polsce w mojej ocenie jakąś 1/100 tego co w pro-rowerowych miastach Północy, dobijających do 40 % podróży miejskich odbywanych rowerem.

To samo dotyczy komunikacji zbiorowej. Tą zostawiono na pastwę państwowych monopoli, fatalnie zarządzanych koryt dla lokalnych polityków, ich krewnych i znajomych, którzy nawet nie wiedzą że nic nie wiedzą. Spieprzone jest wszystko- od układu sieci komunikacyjnej, przez system biletowy,m na marketingu kończąc. W większości polskich miast próbuje się liniami autobusowymi połączyć wszystkie osiedla ze wszystkimi innymi, co jest niemożliwością i skutkuje rzadkimi kursami autobusów, co odpycha od korzystania z komunikacji zbiorowej w ogóle, bo przecież komunalne monopole ustawowo nie mogą mieć konkurentów. Zabroniono tego w większości miast, konkurencję na szerszą skalę dopuszczając jedynie w około 10 przypadkach. Ale tylko w jednym czy dwóch miastach kompletnie obalono państwowe monopole.

Takie państwowe monopole zwykle zarżnęły komunikację zbiorową. W 100-tysięcznym Y. transport zbiorowy przetrwał tylko w jednym czy dwóch korytarzach, bo na reszcie dogorywała komunistyczna koncepcja „jak budować system komunikacji zbiorowej miasta średniej wielkości”. Do największego centrum handlowego w Y. jedynie co 100-na osoba dojeżdża komunikacją zbiorową. Wystarczy stanąć na przystanku naprzeciw wiecznie ruchliwego wjazdu na parking, na którym nawet dochodzi do bijatyk o miejsce postojowe.

Nie można zarządzać czymś, czego się nie mierzy. Ta cała ekipa osób podobno czymś rządzących jedynie bezczelnie uśmiecha się. Te tytany intelektu się uśmiechają, bo ich fotografują i filmują ich kumple, którym dali licencje na nadawanie samych siebie. Gdym pisząc ten artykuł chciał znaleźć różne dane i zestawienia, jakimi charakteryzują statystycy system transportu w danym kraju, taki podział procentowy na różne gałęzie transportu: ile % podróży odbywa się pieszo, samochodem, pociągiem, samolotem czy tramwajem, nicżem nie znalazł. Taka tabela, nazywana podziałem intermodalnym, jest podstawą polityki transportowej w innych krajach. Nasze „mózgi” zaś robią to na swoje oko, które zresztą widziało bardzo mało i jako narzędzie do mierzenia czegokolwiek jest po prostu gówniane.

Takie dane nie są też mierzone dla milionów innych rzeczy. Czasem dane są ponaciągane, jak opowiadał mi znajomy, który wykonuje różne analizy i zobaczył, jak po publicznym zwróceniu uwagi politykom że jakiś wskaźnik w naszym kraju jest kilkakrotnie niższy niż w tych ościennych, po roku w tabelce zobaczył dane o kilkadziesiąt procent wyższe. Oszuści tabelkowi tak o po prostu z pały wpisali sobie więcej. Bo aby dany wskaźnik mógł wzrosnąć o tyle, musiałoby się wiele zdarzyć inwestycji, albo musiałoby zmienić metodę jego obliczania. Tymczasem nikogo o przyczynach takiego niespotykanego w świecie wzrostu tabelkowi oszuści nie poinformowali.

O tym wszystkim nie ma sensu pisać. Nasza ekipa która rządzi mediami i tym państwem, ten nasz układ, po prostu malutko co wie, i nawet nie ma pojęcia o swoich ograniczonych horyzontach. Ci ludzie wszystko robią na przypale, całe to ich rządzenie to taki pic na wodę w którym kumpel pana premiera pisze strategię na najbliższe 400 lat, wiedząc tyle co jakiś student dobrej zachodniej uczelni. Zastanawia mnie buta tych ludzi, ich graniczące ze schorzeniami zadufanie, to ich ciągłe przekonanie że coś wiedzą.

To wszystko jest wielkim oszustwem, mega kłamstwem. W Polsce się nie poprawi, choćby dlatego że po prostu brakuje kadr specjalistów. Kto tych specjalistów miałby niby uczyć- może ci profesorowie którzy ekonomii uczyli się w wersji komunistycznej? Znajoma ekonomistka-emerytka mówiła że sprytni i zmyślni naukowcy wyemigrowali w pierwszym rzędzie znając na wskroś skalę oszustwa, zostali hobbyści i społecznicy.

Aby się o jakości nauki w Polsce przekonać, wystarczy wejść między półki dobrej zachodniej biblioteki, popatrzeć jakie pozycje leżą tam na półkach, i potem odwiedzić podobny dział branżowy w polskiej bibliotece na uczelni podobnej rangi. Książki do polskich bibliotek zakupywali komuniści i wrogowie wolności gospodarczej. Kiedyś zajrzałem do wykazu literatury biblioteki sejmowej dla jednej z branż gospodarki. Same pozycje z perspektywy gospodarki komunistów i etatystów, i śladu po pozycjach autorów wolnorynkowych, albo innych autorów którzy są takim bibliotecznym mainstreamem na nawet lewicowych uczelniach zachodnioeuropejskich. Do sejmowej biblioteki pościągano samą intelektualną egzotykę, dzieła nie tyle naukowe co populistyczne. Tytuły, czy argumentacja tych dzieł nieoparta na logice naukowej chyba wyjaśnia wszystko na temat jakości rządzenia w Poorlandii.

Posted by fufu on 04:53. Filed under , . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for Rządzenie „na oko” na przykładzie polityki transportowej

Prześlij komentarz

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć