Liberte

Lista działów

Informacje Eko i Zielone

Azrael

Zielone Wiadomości

Tłumacz/ Translate

Polskaliberalna.net - Merkuryusz Polski - Wybory prezydenckie 2010 od kuchni!

Ecoportal.com.pl

Ekopolityka w prasie

Antymatrix- Edwin Bendyk

Indymedia Polska

Mama Ziemia

ZielonyDziennik.pl

Ekologia.pl: Wiadomości

Partia Ochrony Zwierząt

ECOWAWA.PL

ekologia – wiadomości

Zielona Warszawa

Racjonalista.pl

Krytyka Polityczna

Lewica.pl - wiadomości z Polski

strasznasztuka

W Polsce nie ma wielu rzeczy, także wspólnot, społeczeństwa obywatelskiego




Wczorajszy wieczór spędziłem w towarzystwie mojej dobrej kumpeli która jest antropologiem. Jej teza– w Polsce nie ma wspólnot- jest wg mnie nader słuszna. Jesteśmy społeczeństwem, ale atomów.


Zaciągnęła mnie na meksykański film w ramach jakiegoś festiwalu filmowego. Film jak film, ale dla nas, Polaków, jednak nieco obcy. Jesteśmy mimo wszystko bardzo zatomizowaną ludnością. Z koleżanką antropologiem zgadzam się- społeczeństwa nie tworzymy, niespecjalnie tworząc nawet te małe społeczności, wspólnoty.


Obydwoje mieliśmy punkty odniesienia, mieszkając w innych krajach. W Polsce, w porównaniu z Francją, nie ma nawet instytucji przyjaciół. Przyjaciel po polsku to nie to samo co we Francji, gdzie jest to osoba z którą robi się bardzo, bardzo wiele wspólnych rzeczy-grana instrumentach, chodzi na imprezy, czyta się i dyskutuje prasę. W całym moim życiu w Polsce nie miałem takich przyjaciół jak w Niemczech czy Francji.



Dziwne że żyjąc w innym kraju, nie mówiąc perfekcyjnie w danym języku, na pokonanie kilometra ulicy potrzebowałem czasem i godzinę, a to z powodu natłoku znajomych mających ochotę na rozmowę. I to wszystko na ulicach relatywnie wielkiego miasta. Pod tym względem w domu czułem się we Francji czy Anglii, nie zaś w Polsce.


Wspólnoty, grupy. W Polsce wspólnotą są pijący alkohol, i w zasadzie nic więcej. Niby to się zmienia, wielu mym znajomym z młodszych pokoleń ta kultura jest kompletnie obca, ale wciąż istnieją ogromne kręgi gdzie bez wódki impreza się nie klei- vide p. Elżbieta Kruk, posłanka oskarżana o prace legislacyjne w Sejmie prowadzone w upojeniu alkoholowym (jej odpowiedź dla telewizji: „potrafię pracować dobrze, potrafię cośtam-cośtam”).


Domówki, wielkie imprezy na 200 osób w czyimś domu. Pokój gościnny, salon z didżejami za dekami, i MC’s, nawijaczami na majku? To standard niemal każdego mojego weekendu w Wielkiej Brytanii, ale w Polsce taka impreza jest możliwa jedynie na Sylwestra.


Park w Wielkiej Brytanii to instytucja społeczna, gdzie ludność przychodzi z koszami wiklinowymi w dni wolne od pracy, a na metr kwadratowy trawnika w parku w mojej dzielnicy przypadało po 2-3 osoby, jeśli akurat pogoda dopisała. Kosze na śmieci nagle zamieniały się w 2-metrowe hałdy. Raz w roku w parku okoliczni mieszkańcy organizowali coś na wzór święta jedności, było coś dla wszystkich kategorii wiekowych, w tym kilka wielkich soundsystemów.


Także w dni powszednie park był miejscem gdzie non-stop mogłem spotkać jakichś znajomych, gdzie zresztą poznałem moich późniejszych przyjaciół i znajomych. W Polsce-brak nawet parków, w moim rodzinnym mieście parki to jakieś lasy lub stare cmentarze, nie ma w nich nawet kawałka trawnika bez psiej kupy.


Pamiętam brazylijskiego mestre sztuk walki który przyjeżdżał z rzadka do naszej grupy. Ale „team” to nie tylko na czas treningu- mówił, sugerując że u nich w Brazylii ludzie trenujący dany sport trzymają się razem także po treningach. Ale to jest ciężkie w Polsce, o czym się przekonałem chcąc iść z kumplami po treningu do klubu. Nie chcieli wpuścić najmłodszego, powiedzieli mu że jeszcze 2 lata, choć ów klub był też całkiem nielegalny.


A w Brazylii, jak mi pokazywał na filmach inny mój kumpel który dopiero co stamtąd wrócił, dzieci bawiły się obok dorosłych. W Anglii na imprezy przychodził mój znajomy- miał jakieś 15-16 lat, i chyba liberalną mamę, którą czasem zabierał ze sobą na imprezy gdzie połowa tańczących miała dżointy w ustach (wówczas grzecznie nie palił).


Tak samo w owym jedynym chyba poza szkołami publicznym budynku w mojej angielskiej dzielnicy miała miejsce doroczna impreza Nyabinghi dla dzielnicowych rasta. Mnóstwo rodzin, dzieci w wózkach, małych dzieci w półprzezroczystych turbanach z tiulu na swoich dredkach, wraz z tatami i mamami. Dzieci się ganiały dookoła budynku, przebiegały przez jego środek. Jakiś starszy mężczyzna wygłosił jakąś mowę w tym jazgocie. Wegańska zupka, mnóstwo owoców, nawet ja coś przyniosłem, choć białasów było mało.


Impreza trwała do rana, choć o północy na oko 15-letnie dziecko jakiegoś starszego rasta już chrapało na kanapie. I tak trudno jest nawet muzycznie zadowolić wszystkich- starsi mają swoje reggae, mogą nim katować swoje młodsze dzieci na takich imprezach, ale młodzież rasta już tkwi w świecie densholu czy raggajungle.


W Polsce jakoś nigdy nie widziałem takich wspólnotowych spędów na których wszyscyby się dobrze znali. W Polsce wspólnota = rodzina, ponadto na prowincji jedynym miejscem spotkań, poza miejscami pracy, są kościoły, jak to mam miejsce w „Bible Belt”, rzadko zaludnionej, najbardziej konserwatywnej części USA, i być może także "naj" w skali współczesnego wolnego świata.


Dla wielu Polaków jedyną „przyjemną” wspólnotą ich życia była szkoła, stąd nieznana w innych krajach popularność takich portali społecznościowych jak nasza-klasa.pl. Dziś zamknięci są w czterech ścianach domów, oglądają po pracy telewizję, czasem surfują po sieci rozumianej jedynie jako onet.pl czy gazeta.pl.


Telewizja w 2006 roku zajmowała Polakowi średnio 3 godz.19 minut dziennie, a więc praktycznie niemal cały czas wolny. Wg badań UPC z końca 2007 roku, w Rumunii 62 % dzieci ma w swoich pokojach telewizory, w Szwajcarii- tylko 18 % dzieci. W Polsce, jak wynika z badań Ipsos, 66 % ludności spędza czas wolny przed telewizorem, jedynie 7 % uprawia jakieś sporty, dodatkowe 20 % deklaruje korzystanie z roweru.


W Polsce brak jest infrastruktury. Nawet w miastach 200-tysięcznych brak było basenów. Brak jest prawdziwych, typowych parków, błoni w angielskim stylu. Na moim rodzinnym osiedlu, mimo że liczba mieszkańców wzrosła kilkusetkrotnie po tym jak wybudowano wysokościowce, przedwojenna sala, kiedyś dom kultury, jest dziś ruiną bez dachu. Dom kultury do którego chodziłem w dzieciństwie na kółka zainteresowań, nawet nie ma sali żeby zrobić jakąś imprezę.


W niemal wszystkich terenach z których przepędzono Niemców po II wojnie, były znane z Anglii wspólne sale, takie miejsca gdzie można było urządzać imprezy. Polacy w większości zniszczyli je, a czasem zamienili w kościoły. Niekiedy takie sale wciąż stoją puste. Widziałem tylko jeden taki przypadek w zachodniej Wielkopolsce, gdzie taka sala była wciąż wioskowym domem kultury.


Jakie są doświadczenia polskich partii politycznych? Osoby aktywne społecznie czy publicznie można policzyć na palcach. Większość społeczeństwa polskiego z tej perspektywy to jakaś aspoleczna, awspólnotowa, apolityczna masa. To także efekt zacofania polskiej edukacji, będącej przerabianym XIX-wiecznym systemem dawnych zaborców. Gdzie indziej podstawą nauki jest wspólna praca uczniów w teamach, drużynach, w Polsce postawiono na współzawodnictwo.


Nawet szkolne klasy w Polsce są dezintegrowane, ludzie do nich uczęszczający niespecjalnie mają okazję się poznać chociażby celem wspólnej pracy. Stąd- owa wspólna Polska jest takim niewypałem, zapóźnionym także gospodarczo. I jeszcze przez lata, może dekady, nim będzie. Środowiska które żyją inaczej, są raczej wyjątkami, obklejonymi łatkami uprzedzeń.

fot. cc wikimedia

Posted by fufu on 05:18. Filed under . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for W Polsce nie ma wielu rzeczy, także wspólnot, społeczeństwa obywatelskiego

Prześlij komentarz

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć